|

P1170316.JPG

Co nowego

Agnieszka i ja

2020-05-03 - Kategoria: Wiadomości

Agnieszka i ja
Byłem małym jasno-brązowym szczeniakiem. Przysze -
dłem na świat w sierpniu. Ale nie o tym chcę opowiedzieć.
Po znalezieniu się w domu z trojką dzieci, dostałem swoją budę w krztałtcie takiego brązowego kojca, który miał jeszcze kocyk, aby mi było miękko.
Pierwsze miesiące swojego życia przesypiałem, lecz pewnego dnia Marta właścicielka wzięła mnie do świetlicy. Trochę byłem nie zadowolony z tego.
Mimo, że spałem to wszystko słyszałem, co się wokół mnie dzieje. Nagle do pomieszczenia wjechał jakiś wózek z jakąms dziewczyną i usłyszałem.
- Cześć Aga, mam dla Ciebie niespodziankę - Poczym Marta podprowadziła dziewczynę do mnie i dodała – To jest Gin, na razie jest malutki 2 mies.,ma. Chcesz go na kolana?
Poczym Marta wyciągnęła mnie i wsadziła Agnieszce na wózek, bo tak miała na imię dziewczyna. Kręciłem się, wierciłem się, lizałem Agnieszkę po twarzy, mimo ze się broniła. Ściskała mnie, było mi nie wygodnie. W końcu ułożyłem się na kolanach i leżałem.
Moje dwie towarzyszki długo rozmawiały o mnie, dlaczego dostałem imię Gin. Aga próbowała mi zmienić imię na Azor, Szarik, ale nic nie pasowało do mnie.
- Ja też miałam psa, Azor się wabił, bo wzięliśmy go to prawie nie mówiłam. To był identycznej wielkości. W pudełku spał...
Pół roku później.
Przez całą zimę Agnieszka nie przychodziła do świetlicy. Przyszła dopiero wiosną, ja już byłem nie do poznania. Zgrubłem, głos mi się zrobił donośny, miałem już obrożę z napisem ’’Gin pracuje,, i umiałem kilka sztuczek. Lecz tego, co nauczyła mnie Aga, przeszło mój psi mózg.
Agnieszka była to odważna dziewczyna i mimo że byłem groźnej rasy psem to się mnie nie bała. Głaskała mnie po łbie, po karku. Z czasem tak się przyzwyczaiłem do Agnieszki, że jak przyjeżdżałem samochodem z Martą do świetlicy, gdzie pracowała to nie mogłem się doczekać aż wyjdę z pojazdu. Merdałem ogonem, obcierałem łeb o wózek. Dawałem łapy. Aga zaraz zaczęła mnie klepać po łbie po karku, bawiła się moimi uszami.
- Zaraz Gin daj się rozebrać – Mówiła mama Agi do mnie, gdy się kręciłem w szatni merdając ogonem.
- Gin chodź - powiedziała Marta moja właścicielka surowym głosem – Już się przywitałeś, chodź.
Wkrótce Agnieszka kupiła mi psie kostki, co tak pachniały, że nie mogłem się doczekać aż mi je da. Ale Aga była cwana, nie chciała mi dać ot tak sobie, tylko zaczęła mnie szkolić, jak bym był jej psem.
Z początku nie rozumiałem, co Aga ode mnie chce, trzymała kilka kostek w ręku i mówiła – no hau. Powtarzała to po kilka razy. A mnie aż korciło wsadzić pysk w dłoń Agnieszki. Wtem usłyszałem komendę swojej pani.
- Gin daj głos.
Zaszczekałem swoim grubym głosem i naraz dłoń Agi się otworzyła. Zrozumiałem, że hau znaczy - daj głos. Jak się tego nauczyłem to pierwszy szczekałem. Aga niekiedy się złościła, bo nie zdążyła wyjąc smaczków a ja szczekałem by mi dała. Musiałem wtedy cierpliwie czekać, mimo że cały się trzęsłem.
Raz Aga mnie przetrzymała całą godzinę, co wtedy nie wyprawiałem, aby dostać smaczka. Ciągałem Agę za rękawy u swetra, za sznurówki, mruczałem, dawałem łapę. Lecz dziewczyna na wózku była nie ugięta. Zacząłem przynosić swoje zabawki, lecz i to nie pomogło. Aga rzucała mi zabawki ze złością jak najdalej, raz Aga, raz moja właścicielka. Wyganiały mnie spać, co mnie jeszcze bardziej złościło. Mruczałem, warczałem po cichu a moje towarzyszki nic.
Wreszcie doczekałem się kostek na koniec.
Za jakiś czas Aga tak polubiła mnie, że uszyła mi szmacianą kość, która spodobała mi się. Aga rzucała mi ją gdzie popadło, musiałem biegać po całej salce. Bawiliśmy się świetnie, było to dobre i dla mnie, gdyż przed Agnieszką u mojej pani była Pani z dwójką małych dzieci to siedziałem uwiązany na smyczy. To nic dziwnego, że potem jak wyskoczyłem na hol a jeszcze jak usłyszałem Agę to wyprawiałem cuda.
Było nam dobrze, Aga mi nigdy nie dokuczała. Śmiała się z moich nowych sztuczek. Z parkowania między udami właścicielki, z robienia kołowrotka itd. Raz nawet wszedłem do Agi na kolana, położyłem swoje brzucho na jej nogach i poleżałem kilka chwil. Aga pobawiła się moim łbem. Trwało to krótko bo zaraz mnie zepchnęła.
Dla Agi prawdziwą radość dawało – No hau – a ja musiałem szczeknąć. Nawet pokazała to raz swojemu tacie, który wprowadził Agę z wózkiem do kuchni w świetlicy. Wyjęła smaczka i powiedziała - No hau - to jak zacząłem szczekać to nie mogli mnie uciszyć. Ot czego nauczyła mnie Aga w 1,5 miesiąca. Bywało i tak, że chowała moje kostki za siebie. Musiałem się wdrapywać na wózek i szukać u Agi w nogach, za Agą. Z drugiej str., byłem psem terapeutą, to takie rzeczy nie były mi obce. Wdrapać się na wózek.
Pewnego dnia, od rana nie wiedziałem, dlaczego jestem ubrany w szelki. Dopiero w świetlicy okazało się, że mam ciągnąc wózek z Agą. Po tradycyjnej zabawie i zajęciach zobaczyłem, grubą linę, którą Marta zaczęła mi dopinać do szelek i tak zorientowałem się, że mam ciągnąć Agnieszkę. Czekałem cierpliwie aż wszystko będzie gotowe. Lina była dość długa i dobrze mi było ciągnąć. Ciągłem pomału dreptając za psim pasztetem trzymanym przez Martę, który uwielbiam. Jednym słowem przekupiły mnie nim.
Poszedłem się wzdłuż okna, potem zawróciliśmy i na skos. Aga się cieszyła jak nie wiem. Chciała chyba jeszcze kawałek przez kuchnię do małej salki, ale Aga z Martą nie chciały mnie męczyć. Odprowadziły mnie do małej salki, Aga mnie czule pogłaskała po łbie jakby coś czuła i niestety to było ostatnie moje spotkanie z Agą, bo potem złamałem sobie zęba bawiąc się liną na ogrodzie.